Nie pamiętam już ile razy udało mi się być w Albanii, ale za każdym razem zaskakuje mnie czymś nowym. Z jednej strony widzę jak w zastraszającym tempie goni za zachodnim standardem, a z drugiej, wystarczy zajrzeć za róg, żeby zakosztować jeszcze autentycznej Albanii. Ale spieszcie się. Znika przerażająco szybko. Wiedząc jednak jak ją odnaleźć, można jeszcze rozkoszować się czymś jednocześnie europejskim, a zarazem egzotycznym. Egzotycznym, bo naprawdę tylko albańskim.
Albania, kwiecień 2025
Przydomowe pola naftowe
O Polakach mówi się, że zawsze umieli sobie poradzić i wciąż radzą sobie nieźle. Zgadzam się. Ale w tej kategorii bez wątpienia wygrywają Albańczycy! Wiele lat temu już, odkryto w Albanii pola ropy naftowej. To, co jednak dla wielkich światowych koncernów było zbyt skomplikowane, kosztowne i w sumie nieopłacalne, mieszkańcy Albanii potrafili wykorzystać na własne potrzeby. Jak? Tworząc przydomowe, ogrodowe szyby i pompując ropę, jaka by nie była, dla siebie. Jak i gdzie ją przerabiają, tego, jak wielu rzeczy w Albanii, nie wie nikt (może Włosi?). Ale jakie ma to znaczenie? Zadziwiająca jest jednak ilość przydomowych szybów, dosłownie na podwórkach, z mocnym zapachem smoły\ ropy roznoszącej się wokół, sklepem spożywczym naprzeciw i plantacjami warzyw na wyciągnięcie ręki. Zastanawialiśmy się czy albańskie pomidory są tak dobre, bo odpowiednio oliwione od korzeni? Podróżując w kierunku miejscowości Berat, zatrzymaliśmy się, aby podziwiać szyby naftowe, rozciągające się po horyzont. Przy jednym przywitał nas gospodarz. Niestety albański wciąż słabo opanowałam, ale zrozumieliśmy, że liczył na to, że przyjechaliśmy w celach biznesowych…
Kawa mielona na ulicy
Trzeba zdecydowanie zboczyć z turystycznych ścieżek Albanii, żeby poczuć zapach kawy, mielonej, sprzedawanej lub pitej na ulicy. Mielona jest w tradycyjnych wielkich młynkach, z których wiele stoi przy kawiarniach, już tylko jako zabytkowe eksponaty, ale jeśli dobrze poszukać, np. w miejscowości Ballsh, spotkać można prawdziwe, działające, i to jeden przy drugim. Do tego często interes ten prowadzą ludzie, którzy nie jedną wojnę przeżyli i chyba nie wiedzą nawet co to emerytura. Konkurencji nikt tam się nie obawia, gdyż Albańczycy piją kawę jedną za drugą. To ceremonia mająca na celu nie tylko podniesienie ciśnienia, ale przede wszystkim służy rozmowom. W kawiarni może nie być dosłownie niczego, oprócz kawy, ale ta jest, zawsze, mocna, czarna jak smoła, a może nafta. I zawsze są ludzie, którzy rozmawiają. Albanio, pod tym względem, proszę Cię, nie zmieniaj się! Nasz znajomy Albańczyk, Klodjan, gdy odwiedził nas w Polsce, pewnego dnia, mając już dość mojej kawy z ekspresu (a dodam, że nie robię złej 🙂 ), oświadczył, że wychodzi na kawę. Nie pomogło, gdy usilnie tłumaczyłam mu, że nie znajdzie w pobliżu kawiarni o jakiej myśli. Po godzinie wrócił zawiedziony mówiąc “Rzeczywiście, nie macie tu kawy…”.
Raki do śniadania
Z jednej strony kawa, a z drugiej, bardziej procentowy napój – raki, sprawiają, że Albańczycy są ludźmi, których niewiele jest w stanie powalić… Raki, mogę to śmiało powiedzieć, jest niezwykle mocnym bimbrem, produkowanym chyba przez prawie każdego Albańczyka. Pije się go, nie przesadzę, od rana do wieczora. Rano do kawy zamiast wody. Potem ku zdrowotności. Żeby nabrać sił. Na trawienie. Do towarzystwa. Na spanie… Jest tak mocne, że pije się go malutko, ale sukcesywnie 🙂 “Gezuar” to po albańsku “Na zdrowie”. Dla mnie raki ogień w płynie. Moja dobra znajoma, na początku twierdziła, że smakuje jak benzyna, potem odkryła, że czuje się po nim świetnie, a ostatnio oświadczyła, że rozróżnia już smaki różnego rodzaju raki… Nikogo nie namawiam. A wręcz ostrzegam. Przechowywane jest w plastikowych butelkach po wodzie. Jeśli ktoś się pomyli, może nie zapomnieć tego do końca życia… Niewątpliwie jednak jest to ciecz, która stale płynie we krwi Albańczyczyków. Podczas ostatniego pobytu w Albanii nauczyłam się nowego śląskiego słowa “ukurzińciały”. Trochę tacy wydają mi się swojscy Albańczycy. Zaprawieni w bojach i nie dający się zbić z pantałyku.
Miśki na płotach
Albańczycy są według mnie również pogodni, pozytywni i gościnni. Ostatnio miałam przyjemność gościć u rodziny naszego znajomego. Stary dom. Pola winorośli. Oczywiście raki na dzień dobry, a na lunch jogurt rozpuszczony z wodą… No i jak tu nie poprawić raki, tym razem ku zdrowotności?!? Trochę jak w Polsce w latach 70 i 80, chętnie otwierają domy dla gości. Wiele starszych osób nie mówi w żadnym języku obcym. Ale, gdy znajduję się w domu rodzinnym Klodjana, jego mama zawsze łuska dla mnie włoskie orzechy… Uśmiech wystarczy. Albańczycy wierzą, że maskotki miśki – dla mnie wyglądające przerażająco, szczególnie po kilku latach – przywieszane na płotach, elewacjach domów, przynoszą szczęście. Są, wiszą, wieszają je, sklepy są pełne kolorowych miśków. Daje się je z wielu okazji. “Gezuar” – to po albańsku między innymi “Wszystkiego najlepszego” i pach, misiek. Jak ich nie kochać?
Papi i Ravi czyli duet doskonały
Jak pisałam na wstępie – prawdziwej Albanii w Albanii trzeba umieć szukać. Nie znajdziecie jej na wyciągnięcie ręki. Hotele, kurorty, międzynarodowe szyldy, coraz bardziej ją zakrywają. Ale nie poddawajcie się, a znajdziecie. Korzystajcie z podpowiedzi lokalsów albo doświadczenia tych, którym się udało. My mamy takie miejsce, które dyskretnie Wam polecę, ale tylko dlatego, że tego blogu nie czytają jeszcze miliony :). Jest tak cudownie autentyczne, ciche, sympatyczne i pyszne, że, niech będzie, najbliższym znajomym udostępnię. Orikum to malutkie miasteczko, wydaje się, na końcu świata, a w nim mieści się… raj na ziemi… Kameralna plaża z palmami i rodzinna restauracyjka prowadzona przez Papiego, jego żonę i dzieci. Gotują na zamówienie. Podają na plaży. Nie tylko jest to niebo w gębie, ale nad błękitnym niebem podane, zjadane z nogami w błękitnej wodzie i do tego w bardzo dobrej cenie. My mieliśmy to szczęście, że jeszcze przed sezonem, najpierw wynajęliśmy u Papiego motorówkę, którą popłynął z nami jego przyjaciel Ravi, zawiózł do obłędnej jaskini na Półwyspie Karaburun, potem na naprawdę dziką plażę, a po powrocie czekała nas uczta z grillowanych na plaży ryb, złowionych chwilę wcześniej harpunem… Do tego bruschetta, sałatki i domowe wino… Prawdziwa Albania jeszcze istnieje! Ale, spieszcie się… U Papiego: https://www.facebook.com/profile.php?id=100054276680511&locale=pl_PL
Fotografia reportażowa – pierwszy raz w Indiach
Nic nie wiem o życiu... Już tyle krajów zwiedziłam... Tyle widziałam i sfotografowałam... I wydawało mi się, że sporo wiem o życiu... Do czasu mojej pierwszej wyprawy z aparatem do Indii... Wróciłam kilka dni temu, i tak bardzo boję się mojej ulotnej pamięci, że piszę...
